 Musiała żem
- Musiała żem zejść z łóżka, dominika myje przed wizyto, za wysokie i niewygodne, nogi cierpno, nie ma jak siedzieć, a i leżeć się nie da, słońce na buzie świeci, trza chodzić jak sie da, pani dawno tu, ja od tygodnia i nic, nie ma nic lepiej, zastrzyki biore takie szczypionce, tabletki i nic, badania mi robili, uesgie pani, krew brali, rentgena, nic nie jadłam, wode piłam, sikać mi kazali, siostrzyczka przyszła, ta z warkoczem i powiedziała, trzymać mocz, to trzymałam, ale co tego moczu, kapka, odrobinka ino, tu na czwórce leżał taki dziadek, codziennie pytali czy był stolec, tak jak nas pytajo, czy była kupa, i ten dziadek mówił, że nie, bo on takiego znajomego miał, co go wołali stolec na wsi, to on mówił, że jego nie było, i zaś, że go nie było i go wzieli, i dziadkowi lewatywe zrobili, i teraz już pytajo, czy była kupa, a spać nie moge pani, o czwartej już na nogach, słonko, a ja koronki do miłosierdzia, kiedy ranne, potem się budzo te młode, siostra przychodzi i pyta, czy była kupa, no była i temperature takim pistolecikiem mierzy, do głowy przystawia, światełko niebieskie takie, pani na której sali, czy do przyjęcia, o pani, ja tu ze sześć godzin czekała w takiej duchocie, bo to wizyta, doktory chodzo, macajo, coś tam rajdajo do siebie w fartuchach, siostrzyczka pisze, tylko nie ta z warkoczem, ta kręcona, co to jak hrabina po korytarzu chodzi, tupie i otwierać okna, a ja pani w przeciągu, niewiele trzeba, mało to biedy, taka tragedia, kwiat, wybory były i że jarosław nie ma pierwszej damy, ale on za bratem tenskni i go kocha, tragedia pani, w tej mgle jest prawda mówiły w radiu maryja, a komoroski to ma pierwszo dame, a kto wie, może ona druga, albo trzecia, he, he, a kaczyńskiemu co brakowało, polske chce ratować, niemcom nie oddawać, bo to nasze, stocznie sprzedali, ludzie na bruk, a młode do angli jado, co to za irlandia miała być, kara boska s tom powodziom, o, ta siostrzyczka taka chudzinka, mówiła jedna w radiu, że jeże pękały jak purchawki, ale ona dobra jest, uśmiechnie się, zagada, nie moge powiedzieć, siostrzyczki tu dobre so, ino nerwowe, stale biegajo, krzyczo, potem ido na kawe, na msze pani idzie, ja chodze codziennie, o drugiej, trza iść, a jak pani nie może, to potem ojciec chodzi z komunio, można wzionć pana jezusa, doktory mówio i dajo, magnoniki dajo, lasery, mnie na kręgosłup, jezus maria jaki ból, w nocy sie budze, to litanie odmawiam, koronki, ból nie do wytrzymania jakby kto cepem prał, ony mówio, czego to boli, ale nie chco prawdy powiedzieć, a jak syn przyjedzie, synowa, to co ja moge powiedzieć, niech się sami ido pytać, a ony, że mama, a ja już mineła dwie kosy jak to mówio, siedemdziesiąt siedem lat, słonko świeci, podłoga już sucha…
- Przepraszam, ale nie słyszę. Syn pojechał mi kupić nową baterię. Do aparatu Dariusz Żak / lipiec 2010
Haiku
Jezus i Budda, trzeszczą drewniane bloczki, nadchodzi wieczór
Słońce, stragany, mandarynki, ulicą idzie wariatka
Pomyślałem o pracy, płatek śniegu mi usiadł na nosie
Kasztanobranie, tutaj jest siedem sylab, wypięty tyłek
Przy filiżance nadchodzi zmierzch, śnieg pada na puste gniazda
Czytam Tokarczuk sowa siedzi na wierzbie rysiki deszczu
Kochany bracie, wyszedłem do parku, cień opuścił mnie pod lampą Dariusz Żak / czerwiec 2010  Różnice i korzyści życia we dwoje też wg św. Walentego
Zajętych kilka wieszaków na kurtki i płaszcze. Później z pracy wróciłem. Ktoś powiesił się na moim oksydowanym haczyku. (Ojciec opowiadał mi o oksydowanym ostrzu noża, którego używał w latach czterdziestych poprzedniego wieku.) Zwykle przecież ja tam się wieszam. W sensie, że. Moją czarną puchową kurtkę Alpinusa o bogatszej – niż zwykłbym przypuszczać – gminnej historii wg Jana K.
I w przedpokoju pośniegowe błoto nie jest pierwsze moje. Buty obijają się o siebie. Patrzą na mnie z wywieszonymi językami po porannej potyczce. Inne czekające na czernidło – marzenie schodzonych botków, kozaków zapewniające ochronę przed śniegiem. I nie chodzi o to, by iść w nich na Jaworzynę na przykład, nie o to, by ujrzeć magicznie oblodzony krzyż na Smereku. Tylko – by przemierzyć odcinek od punktu „d” (dom) do punktu „p” (praca). I z powrotem. ( http://pl.wikipedia.org/wiki/APUD )
Nazad – jaki mówi Anka – moja pyskata i wielce sympatyczna uczennica z VI klasy. I w ogóle iść tak, by nie wywinąć orła. Intrygujący motyw: godło wy… drukowane. Boleśnie na śniegu. I – dlaczego – władze nie sypią…?
Albo weźmy poranną kolejkę do łazienki. Wszystkie książki o negocjacjach okazują się być pisane przez ojców synów. A ja jestem ojcem dwóch cudownych córek i mężem żony nie mniej cudownej. Ale o tym chwilę później. I łazienka staje się poranną strefą chronioną przez żeńskie wojska sprzymierzone. Odrobinę może przesadzam, ale na swoje usprawiedliwienie nie mam nic. Może tylko dobrze zachowaną szczoteczkę do zębów. I fragmenty snów, które opowiadam przy wspólnych, niedzielnych śniadaniach.
I – na Boga – nie wymyśliłem lepszej laurki przy okazji czternastego niepoliczalnego tak naprawdę do końca drugiego miesiąca w roku dla mojej żony i córek.
Tylko taką: nie bardzo wierzę w inne życie, w którym nam będzie dane się spotkać.
A więc wbrew i bezczelnie: dziękuję, że jesteście.
A wy, chłopaki, czytajcie. Za chwilę zeżre nas rak czasu jak żre stronice najpiękniejszych powieści Dickensa. Których jesteśmy bohaterami.
I w najlepszej nawet powieści – jeśli nie rozegracie tego dobrze – zostaną po Was tylko cudzysłowy, przecinki, średniki, pauzy, kropki. Przy bardzo dobrym układzie siedmiokropki biedronki na przykład.
2 (Ty i Ona) razy 7 (siedem cudów świata na przykład.) = 14.
Ot, jeszcze jedno równanie na szczęście.
Dariusz Żak
I jako post scriptum:
http://janfil.wrzuta.pl/audio/6E7GmtfDNf3/andrzej_sikorowski_-_moje_kobiety Dariusz Żak / luty 2010 grudzień 2009r Drogi Mikołaju,
piszę do Ciebie. (Jula nalega.)
Piszę.
Słucham Turnaua, choć wcześniej słuchałem depresyjnej muzyki Portishead. Ale przy dzieciach (córkach ) się depresyjnej słuchać nie da… No nie da, bo nie dadzą. A tu Majka Jeżowska, a tu jakieś jeże gitary mają i nie po polsku rzeczy zwą.
Mam różne myśli. Myśli – obiboki. Przyjdą , poobijają się o tchawicę, półkulę jedną i wpół do drugiej odchodzą, albo i nie.
Te myśli więc, to przy Twojej okazji, to znaczy Ty jesteś okazją do myślenia o Tobie, no nie tak całkiem o Tobie, ale jakby przy Tobie myślę o innych, nie tak w sensie dosłownie przy Tobie, no bo Cię tak jakby nie ma, ale trochę jesteś….
No przecież wszyscy chyba o Tobie teraz myślą Ty grubasie w czerwonym kubraku!
Żartowałem. I reniferów też nie będę obrażał. I obiecuję w towarzystwie nie rozmawiać o czerwonym nosie.
(Pozwolisz, że skończę jutro. Dziś już za dziesięć minut będzie jutro, a ja załatwiłem kilka małych spraw i jestem zmęczony. Nie zbawiłem świata, ale też – jak mi się zdaje – nie sponiewierałem go za bardzo. Był tylko sok pomidorowy z tabasco.
No to dobranoc.)
Dobrze, że jesteś.
Ci, którzy twierdzą inaczej nie mają poukładane w głowie. Albo jeszcze, albo już.
Przecież oczekiwanie na Ciebie to czysta, prawdziwa magia. A że zwykle słyszymy tylko dzwoneczek… Cóż, bywają dni, kiedy nie można dostać świeżych pomidorów do sałatki caprese.
No i na koniec tak trochę... (Basia wróciła z pracy i podgląda.) Jak myślę o prezentach, które mógłbyś mi przynieść, to przewraca mi się w głowie przez chwilę zaledwie. Bo ja w zasadzie wszystko mam. Naprawdę.
Pewnie czułbym się odrobinę lepiej, gdybym miał korpus Olympusa E-3 (ma ponoć bardzo szybki autofokus), Ricoha GX 200 pod ręką, na pasku spodni w gustownym, skórzanym etui, ale… jeśli mam mieć, to będę miał. Za jakiś czas. Nie chcę Ciebie obciążać tymi sprawami, bo to są bardzo fachowe kwestie. Dla zainteresowanych fachowców.
Ale trochę przy okazji… to mógłbyś mi przynieść dwie pary skarpet: zielone i czerwone, niech to będzie ciepła zieleń i czerwień – jak z matrycy Olympusa. No i jeszcze książkę Scotta Kelby’ego: System 7 punktów. O i chyba tyle…
Jakby mi coś przyszło do głowy, to się odezwę.
MP3 pożyczam od córki, buty mam.
Chciałem też dodać, że w słoneczne dni łatwiej mi się wstaje i innym też, i chyba bywam w te dni grzeczniejszy. Ale pewnie o tym wiesz. I o tym, że w te dni kawa rano smakuje inaczej.
No to żegnam się tradycyjnym dzyń dzyń! I dzyń jeszcze raz.
Tak mi się jeszcze skojarzyło: u nas w klatce nie ma oznaczonych prztyczków do światła. Kontaktów. Tylko nasz dzwonek do drzwi świeci na czerwono (nie robię aluzji, naprawdę), więc ludzie czasem naciskają. A tu dzyń dzyń! Niektórzy uciekają, ale niektórzy zostają i mają takie zdziwione miny. Że niby światło u nas znajdują. W przedpokoju.
To może tych prztyczków nie przynoś, ale tego światła dla tych, którzy zostają trochę może możesz?
Darek
PS. Moja żona mówi, że ten dzyngiel świeci na pomarańczowo.
PS. II Zrób sobie badania poziomu cukru. Tak na wszelki wypadek. Dariusz Żak / grudzień 2009
Nadeszła jesień
Nadeszła jesień i przyszedł świerszcz: napisz wiersz
o tych ulicach coś cię przecież zachwyca
i o tych których znasz twarzą w twarz
starszy pan z norwidowskim obliczem z pieskiem na smyczy
i pani Helena która się nie zmienia
i napisz o krawcu poecie któremu ciasno na świecie
Niezbędna ilość alkoholu we krwi ze mnie drwi
więc siadam i piszę ciszę:
Mając w rękawie senną zjawę swój cień zaprasza na wyprawę gdybając potrząsając trzosem godzi się wadzić z losem melankoliczny łata-brat przeklęty przez czas skrzat który był sobą lecz siebie skradł
W sennym zwierciadle widziadeł moc
Co dnia dzień dnieje nim zoczy noc
I nową nonę lauda tka gdy łka o skrzata skrzętna skrzatka
Nim zjawą sen napełni się ona chce cienia odnaleźć cierń
Ścierniskiem człapiąc wśród West tchnień rozwiewa cud zranionych mgieł
Świerszcz spojrzał I dojrzał Dariusz Żak / wrzesień 2009
 Wieczorem piszę książkę
Siedzę. Noce wczesnego września błogosławią swym ciepłem. I patrzę.
Na pierwszym planie głóg dwuszyjkowy z próchniejącą budką dla ptaków, do której resztki jedzenia wyrzuca sąsiadka. A nie powinna. Ziarno, wodę. I tyle. Także zimą. Ale ona dzieli się nie wiedząc.
Blondynka w cieniu lampy. Dżinsy z trudem podkreślają linię pośladków. Ona sama sztywna trochę, jakby połknęła kij od szczotki. No, może od szczoteczki do zębów. Torba eko na ramieniu. Niebieska. Wspomnienie wakacyjnego nieba.
Zatrzymali się na chwilę pod lipą ze zwiniętymi od żaru liśćmi. Pies wybiegł na niewidocznej lince. Może całowali się. Obydwoje ubrani w odcienie koloru khaki przeszli i przeminęli.
Okna. Z tej, mojej strony, osiem. Cztery ciemne. Jedno rozświetlone światłem telewizora. Dwa promienieją. Słyszę ostatnią płytę Turnaua i głosy mojej żony i córek. Życie.
On pierwszy. Trzyma mocno kierownicę roweru. Ona za nim opowiada i pokazuje zamaszyście rękami. Dźwięczny głos w noc. Mijają lipę, latarnię. Pożegnają się, a on, nieuważny, nie będzie znał kształtów wyczarowanych przez jej dłonie. I świetliki, których już nie ma, też tego nie zapamiętają. Świetliki mają krótką pamięć.
Na ławce nieopodal kobieta i podpici amanci:
- Piję, kiedy chcę. - Ale do picia potrzebne jest towarzystwo!
Z naprzeciwka idzie kilkuletni, krótko ostrzyżony chłopiec, niosący plastikowy globus.
- Ale przecież jest towarzystwo!
Usłyszałem: stuk stuk. Globus toczy się po chodniku wprost do miejsca, gdzie zwykle po deszczu jest kałuża. Chłopiec chwyta w objęcia świat i rozgląda się. Ma dosyć głupi wyraz twarzy, a robi się zły, kiedy dostrzega, że na niego patrzę. Udaje, że tego nie widzi i energicznie skręca.
Młody, ogłupiały i zły uratował świat. Dariusz Żak / wrzesień 2009
 Koniec wakacji
One zawsze się kończą. Niektórzy idą do starszych klas. Inni zostają. Z biegiem lat jest ich coraz mniej. Tamci zostawiają szkołę z łzą radości w oku. I stają się, na przykład, doroślejsi zdając na studia. A nauczyciele zwykle zostają w tych samych klasach na drugi rok. Taki los.
Człowiek przez całe życie się uczy, a …
A abra kadabra.
Jestem nauczycielem. I byłem na tzw. konferencji. A jakby mnie nie było. Kawa, ciastka, programy, owoce o których nie śniło mi się, kiedy sam chodziłem do szkoły, innowacje. Nowe wytyczne ministerstwa – tylko moje koleżanki to rozumieją.
Ja rozumiem. Ty rozumiesz. – nie: rozumisz. On, ona, ono rozumie – nie: rozumi.
Ale nikt nie ma tyle wrażliwości w dłoniach, co my. Nikt.
Biorę podręcznik i pod rękę prowadzę.
I wiem. Co w wierszu. W opowiadaniu. I nawet wiem, co z końcówkami kie, gie… I dlaczego „ó” wymienne wymienia się.
A inni, co z zegarem wiedzą. I dlaczego pory roku są Vivaldiego.
Albo kłamią.
Ja kłamię. Ty kłamiesz. On, ona, ono…
No właśnie. Może lepiej umrzeć niż kłamać. No może nie umierać, ale nie kłamać. Może kłamać, żeby nie umierać.
Może zacząć pisać do rzeczy jak chciał Pit, żeby można było zrozumieć.
Skończyły mi się wakacje. Nie były łatwe. Ale przeczytałem kilkanaście książek. Polecam Macieja Kuczyńskiego Podróż. Przeczytałem ją jesienią zeszłego roku. Dariusz Żak / sierpień 2009
 Nie spotkałem dra House’a
Znalazłem się w szpitalu. Bywa. Ci, którzy nie mają tego szczęścia, opowiadają o tym głupie dowcipy. Będą się śmiać – mówi mądrość ludowa – ostatni.
Inni, których spotkałem wśród odmalowanych ścian i świętych obrazków – wydaje się – dotknęli ulotności i posiedli metafizyczne poczucie humoru.
Miałem trochę czasu przed wypadem. Zabrałem kilka książek, trochę muzyki (w szpitalu zawsze się osłucha, wyjątkiem są Koncerty brandenburskie…) i szczoteczkę do zębów.
Bracia i siostry na obraz i podobieństwo w niedoli i dali udzielili mi podstawowych informacji, która z ponętnych pań doktor uprawia najstarszy zawód świata, a która posiadła wiedzę na temat zła i jest dobra. Uściślili informacje na temat ich kariery i wzbogacili ją odnośnikami związanymi z własnymi, nietuzinkowymi życiorysami.
- Gdzie pan ma żyłę? - Ona gdzieś tam jest, proszę spróbować znaleźć.
Chorzy to zakon. Zazwyczaj bardzo pobożny zakon. Oni widzą na jawie i jawnie dowodzą istnienia widziadeł. Ból, cierpienie, żal, tęsknota, samotność… Kto wymyśli lepsze soczewki do wglądu w rzeczywistość? Ubrane na biało, z białymi ramiączkami biustonoszy, anioły nazwano siostrami.
Sprzed kilku lat pamiętam ze szpitala leżajskiego poranną Jutrznię z powtarzającym się responsorium: - Stolec był ?!! - Był, ale już poszedł.
Potem się wraca. A czas zamienia cię w ptaka.
Biała porzeczka bezczelnie chłonie słońce. Czerwona wabi soczystą czerwienią. Ale kwintesencją lata jest smak czarnej.
Kolega też znalazł się w szpitalu. Wyszedł z diagnozą: przepuklina kręgosłupa, biodro do operacji, kilka kręgów do wymiany. Od żony usłyszał: siedź więcej przed telewizorem! Dariusz Żak / czerwiec 2009
 Maj - miesiąc wypadających z gniazd ptaków
Nie należał do Stowarzyszenia. Współpracował z nami. Pomagał Pitowi.
Gdyby był tylko obok, pamiętaliby najbliżsi. Jak zawsze zresztą.
Obezwładniające mnie absolutnie motto na Jego grobie: dziękuj Bogu za cierpienie…
Był. Przychodził uśmiechnięty (a dzień był słoneczny). Trzymał soniaka i zostawiał /zostawił po sobie ślad. Na zapomnianych matrycach, na pamiętanych przez Boga pikselach.
Wszyscy fotografują: starsze panie pod klatką, emeryci w oknach… Większość na rodzinny dysk twardy.
Mirosław Turczyn [1987-2008]. Zajmował się redagowaniem portalu, tworzył jego oprawę graficzną. Odszedł po ciężkiej chorobie 21 maja 2008 r.
Na Dzień Dziecka… Czekaliśmy na występ Majki Jeżowskiej. Część z nas, ze Stowarzyszenia, jechała na pogrzeb Mirka, na cmentarz.
– Nie rozumiem. – Powiedział Pit – Tacy skurwysyni żyją, a tacy ludzie jak Mirek odchodzą. Nie rozumiem. – Powtórzył i zaciągnął się papierosem.
Sam papieros wydawał się obcy serdelkowatym palcom z równo obciętymi paznokciami. Dym unosił się. Sprzedawcy popcornu rozłożyli swój straganik.
Nie ma mądrych na śmierć. Są ci, którzy wiedzą i ci, którzy zostają.
Wtulam twarz w chropowaty ręcznik. Jest piękny majowy poranek. Szósta z minutami. Pozostaje jakiś dziwny, wodny, niechrystusowy znak. Dzień - udręka zaczyna się. Dobrze, że się zaczyna.
Chciałbym sprzeniewierzyć trochę czasu w karczmie na rozdrożu. To moje jedyne życzenie.
PS.
Siedziałem przed blokiem czytając. Przechodziło dwóch młodych, a może jeszcze młodszych. Wysmukli jak brzozy, ich chude, nieopierzone łydki nie przeszły wielu kilometrów.
Jeden do drugiego:
- Nie radzisz sobie. Ciebie to uśpić trzeba. – Odsłonił w uśmiechu młodzieńczą gębę pełną zębów.
Kursor w postaci łapki wskazuje niebo.
Dariusz Żak / maj 2009

Prima aprilis
Chciałbym napisać najprościej. Jak można o drugiej stronie lustra. Dwa, dwie, dwoje.
Yin i Yang Ping i pong.
Załóżmy maski. Niech maski założą nas. Spróbujmy jakoś żyć. Jakoś grać spróbujmy.
Ktoś komuś zrobi psikus. Psikus zrobi komuś kogoś. Coś komuś kogoś psikus coś…
Życie bywa prima….
…aprilis.
Dziewczyny, kumple. Zatrzymali się na rozdrożu. Samotni jak studenci na koncercie. Wędrowcy cudzych marzeń. W pół taktu jakby się zatrzymali. I nie tylko w muzyce nie mogą się odnaleźć.
Uważaj. Prima aprilis, bo się pomylisz. Uwaga jest podstawą życia. Własnego zapewne. Nie – życia z drugiej ręki.*
Wybrałeś nie tę dziewczynę. Wybrałaś nie tego księcia. Nie tę pracę. Nie tę ścieżkę oświecenia. Nie ten antrykot.
„Tłukłem” zdjęcia na koncercie topowego zespołu. Podeszła. Piękna dwudziestoletnią urodą. Równe zęby w uśmiechu. Czarne oczy, mocny, agresywny wręcz zapach perfum. Dekolt daleki od postmodernistycznej mody. - Można – zapytała. - Tak. Szyjką brązowej butelki lekko stuknęła o teleobiektyw.
Życie dotyka nas swoim pięknem. I to nie jest prima aprilis.
* Książkę, o której mowa, napisał Jiddu Krishnamurti, a owo zdanie brzmiało: "Żyjemy jakby z drugiej ręki". Przestałem czytać. Wolno odłożyłem książkę. Nie byłem w stanie czytać dalej. Jestem osobą z "drugiej ręki". Nareszcie dowiedziałem się prawdy. Co gorsza dowiedziałem się prawdy o sobie. I to był punkt zwrotny. Jestem "z drugiej ręki". [...] Odwaga bycia sobą Carlos G. Valles To jest dopiero bo się pomylisz…
Moi kumple piją. Orzeźwiają rzeczywistość. Swoja wiarą.
Wierzą. Ja też.
- Magdaleno, jesteś piękną dziewczyną, używasz znakomitych perfum. Wszystko ma swój czas. Reszta to filozofia. Dariusz Żak / kwiecień 2009
Utopmy Marzannę*.
Zróbmy to teraz, przed kolejnymi życiowymi wyborami, przed latem, przed śmiercią. Zróbmy jakiś porządek.
Mieliśmy wtedy tyle lat, ile lat ma się w ogólniaku. W głowie resztki przeczytanych książek, cytaty, fragmenty obejrzanych filmów… W uszach muzyka z magnetofonu Finezja.
Może o tym innym razem. Mieliśmy plany. Wolną wolę. Pstro w głowie.
Był też taki plan: idziemy na szkolny rajd. Topienie Marzanny. Ze śpiewem na ustach, plecakami na plecach i wypryskami na twarzy. Idziemy. Bo chcemy. Bo manifestujemy swą nieposkromioną wolę życia. Choć o tym wtedy nie wiedzieliśmy.
Nakładają mi się dwa rajdy.
Jeden taki: uciekliśmy - pierwszoklasiści spać do chłopa (w Krzeszowie), żeby nasze dziewczyny mogły spać spokojnie. Nam nie w głowie był wtedy seks. Komu innemu było wtedy w głowie macanie. W konkursie na zakończenie rajdu wystawiliśmy najładniejszą Beatę, jaką wtedy znałem, a Johny zachwalał walory zerwanej wiosennej trawki jako Marzanny.
Drugi, gdy wyruszyliśmy, w kilka zaledwie osób, dziwnym szlakiem. Nie było go na żadnej mapie. Do dzisiaj nie ma. Doszliśmy do stacji w Łętowni. Odesłałem mojego brata, bo robiło się zimno. A on w tenisówkach. Czy trampkach jakichś. Nie mógł się pogodzić. Owinąłem go szalikiem, włożył dwa foliowe worki na stopy i nieszczęśliwy odjechał pociągiem. My poszliśmy w stronę wsi.
Zieleni ziemia poskąpiła.
Znaleźliśmy nocleg w jakiejś szopie. A ponieważ mieliśmy znajomą córkę dyrektora, poszliśmy ją odwiedzić. Było miło i ciepło. I był pyszny bigos. I wyłudziłem wtedy na drogę sfatygowaną trąbkę, na której grywał jej ojciec. Trąbiłem jak opętany. Chyba zresztą byłem.
Nasze dziewczyny były obrażone. Siedziały przy małym ognisku czekając na nasz powrót. W końcu doczekały się. Noc dopadła nas w śpiworach. Zapach siana unosił się w powietrzu. W szparach ścian umierały gwiazdy. Rano wyszedłem. Wokół było biało i cicho. Biało i cicho. Wziąłem trąbkę…
Wróciliśmy znanym tylko sobie szlakiem. Rozwiesiliśmy mokre skarpety, koszule przy kominku w szkolnej sali kominkowej… Byliśmy zmarznięci, szczęśliwi.
Okazało się, że nikt oprócz nas nie wyszedł na ten rajd. Nikt. Do dzisiaj nie pojmuję.
Widok, który mam pod powiekami: kiedy wracaliśmy, Andrzej i Paweł tańczyli i śpiewali w rytm "Radio Ga Ga" Queen’ów na środku ulicy, za przejazdem kolejowym, w świetle latarni. Choć nie wiem, czy nie powinni tańczyć Innnuendo. No chyba chyba nie.
Dzisiaj jeden ma sporo pieniędzy, drugi ma sporo wiary.
Spotykamy się z radością. Do dziś.
Śnieg topniał.
Zima wróciła. Niektórzy z nas śpią snem zimowym i śmierć ich dopiero obudzi. Niektórzy przechodzą bolesną hibernację w małżeństwach, niektórzy sprzedali trąbkę i już nie obwieszczają światu, że go kochają. Cholernie kochają. Dariusz Żak | marzec 2009 W sprawie małomiasteczkowej nudy Do wyspy Catan przybywają kolonizatorzy. Czytałem, że to Wikingowie. Może ciszy szukają, może nie. Chyba raczej nie. Nie walczą, ciężko pracują. Może zresztą i walczą. Potem handlują, budują drogi, stawiają przy nich osady i miasta. W tych miastach zapewne są kościoły. Nic o tym nie wiadomo.
Łamie się światło w zielonych butelkach.
Na rynku walutą jest glina ze wzgórz, ruda żelaza z gór, owce z zielonych pastwisk, drewno z lasu. Kwitnie handel wymienny. Kiedy drewniane kości wygrzechoczą szczęśliwą siódemkę, zjawia się złodziej albo pirat. Jak w życiu. Chyba. Okręty wyruszają kolonizować wyspy.
Za oknem księżyc. Lodówka – ziemia obiecana. Va banque : kupujemy karty rozwoju za ostatnie, trzymane w rękach, walory. W tym rozdaniu (w tej wersji scenariusza) zdobywamy trzynaście punktów! Są nasze i zapewniają nam zwycięstwo. Pech?
Przy stole do późna w noc. Rozmowy. Pretekstem jest gra. Ta, którą prowadzimy. I ta, w której uczestniczymy: życie. Polityka, religia, wychowanie dzieci, pypcie na językach znajomych – o nich – znajomych - rozmawiamy. I o tym, co przeżyliśmy. Kiedy nas nie było. W słuchawce telefonu, w mailu, na skypie.
Schudłaś. Urósł ci brzuch i wyglądasz jak wioskowy głupek – może ci zrobię zdjęcie na pamiątkę? To zróbmy sobie razem.
Słońce po drugiej stronie tej opowieści.
Na odległych wyspach są skarby. Zawsze przecież tam były. Daleko stąd, gdzie nas nie ma. Czasem trzeba też pokonać pustynię. Ten, kto nie podróżuje, nie zna wartości ludzi - mówi mauretańskie przysłowie.*
To jeden z kilku ważnych powodów, by wędrować. Osadnicy stają się wędrowcami. Żeglarzami. Na odległych wyspach jest drewno i glina. Są też Wyspy Mgieł.
Osadnicy z Catanu to wcielona prostota. Chwilami może wydawać się banalna. Zdaje się jednak, że w życiu ta prostota pomaga przetrwać największe burze.
- Panie, nie mają co robić w tej dziurze, dyskotek nie ma i nie ma się nimi kto zająć. Dawniej…
Nad spokojną wyspą Catan zbierają się ciemne chmury. Dzicy barbarzyńcy znęceni bogactwami zmierzają na swych łodziach do brzegów wyspy. Na szczęście mieszkańcy zostali ostrzeżeni o zbliżającym się niebezpieczeństwie i mają czas, by się przygotować – zbudować armię i umocnić miasta, które pozwolą odeprzeć atak zbliżającej się hordy.
- Co za świr napisał na pudełku, że gra trwa 75 minut?!
- Ktoś się chce zhandlować za glinę? Dajcie nam owcę, my ją wykarmimy!
Dariusz Żak | luty 2009 ---------------------- * Bruce Chatwin, Pieśni stworzenia
|