Wywiady

Wywiad z Lao Che

Olka: Muzyka, którą tworzycie, nie jest łatwa. Teksty też. Zdarza się, że powstają one przypadkowo? Zlepek słów? A może ważne treści zamotane w wiele dziwnych zwrotów?

Hubert „Spięty” Dobaczewski: Różnie to bywa. Nigdy nie napisałem niczego po prostu dla samych słów, pisałem zawsze dla muzyki. Czasami jest jakaś myśl, którą się ubiera się w słowa, ale czasami lubię pisać takie teksty, które są właśnie zlepkiem sentencji. Z tego tworzy się pewien klimat, wszystko jest takie bardziej… nadrealne, surrealistyczne.

O.: Czyli czasem na jednym zdaniu, jednej myśli zasłyszanej w tramwaju,  buduje się cały tekst?

Czasami jedna myśl może być ogromnym sensem.

Marcin Szwedo: Czym inspirowaliście się w przypadku „Guseł”, „Powstania Warszawskiego” czy płyty „Gospel”?

Nie jesteśmy młodym zespołem, który szuka jakichś prostych inspiracji. Inspiracje są w każdym, bo każdy ma swoją historię, wiedzę, przeżył coś, ma swoje doświadczenia. To jest raczej podprogowe. Uciekamy od prostych porównań, staramy się zachować oryginalność.

O.: Concept album zdaje się być waszą domeną. To jest taki rodzaj płyty, który zmusza do myślenia, do wiązania faktów. Nie myślicie, że społeczeństwo trochę obojętnieje, że coraz mniej wymaga od muzyki? Że nie zechce przystanąć, pomyśleć, zrozumieć – nawet jeśli byłoby w stanie – bo po co się zastanawiać, jeśli można się zabawić przy jakimś prostym kawałku z banalnym tekstem?

Można wyjść z założenia, że jeśli społeczeństwo się spłyca, to jest gorzej po prostu z wieku na wiek.  Chyba po prostu ciągle jest tak samo, czasem trochę lepiej, a czasem gorzej. Ale chyba idzie ku dobremu. Może jestem w tym względzie optymistą?

O.: Zatem mamy „kumate” społeczeństwo?

To zależy od okoliczności, w jakich ludzie się znajdują. Każdy bywa leniwy i czasami żyje tylko przyjemnością, a czasem jest refleksyjny.

O.: Ważniejsza jest muzyka czy tekst? Wydaje się, że u was zarówno jedno, jak i drugie odgrywa dużą rolę.

Dla jednego tekst, dla drugiego muzyka. To jest wdzięczna dziedzina sztuki, bo fajnie łączy słowo z dźwiękiem. To się przenika i nie można tego rozdzielić. Nie warto tego rozdzielać.

M.S.:Czy mieliście już propozycję nagrania ścieżki dźwiękowej do filmu lub gry? Tomek Bagiński tworzy “Hardkor 44”. Czy macie coś wspólnego z tym projektem?

Nie, nie mamy nic z tym wspólnego. Denat realizuje teraz solowy projekt o zamachu na Kutscherę podczas okupacji w Warszawie; on kontynuuje ten „trend” historyczny. Nawet Muzeum Powstania Warszawskiego chce w to zainwestować.

M.S.: Na pierwszym dla mnie koncercie Lao Che zauważyłem ludzi wyglądających na skrajnych prawicowców.

Nazywają nas „Faszystonesi”! (śmiech)
Przychodzą na nasze koncerty metalowcy czy ludzie słuchający jakiegoś dark ambientu i im podobają się najbardziej „Gusła”. Faszyści – kwestie historyczne, kwestie emocji, no to „Powstanie Warszawskie”. „Gospel” to wesołe melodie i też się ludziom podoba.

O.: Skąd w ogóle pomysł, by sięgać do przeszłości? To jakaś forma edukacji społeczeństwa? Oddanie hołdu w przypadku “Powstania Warszawskiego”?

Kiedyś po prostu wymyśliliśmy, że chcemy robić albumy spojone jakimś wspólnym tematem, jakąś ideą.

O.: Ale dlaczego historia? Dlaczego nie coś współczesnego?

Łatwiej było opisać coś, co już było. A współcześnie… Żyję we współczesności i nie do końca jestem w niej zorientowany.

O.: Nie do końca ją rozumiesz?

Właśnie. A jak coś jest z tyłu, to można sobie na to popatrzeć, poczytać. Ale teraz już chyba nie będziemy brać się za historię.

O.: Płyta “Gospel” uwspółcześnia pewne treści, podaje je w bardziej przystępnej formie, czy wyśmiewa?
Trudno podważać Biblię. Ta płyta jest o duchowości i o religii, o zbiegu tych dwóch nurtów – gdzie się to łączy, a gdzie rozmija. Chyba taka jest główna idea.

O.: Ale jest w  tym jakaś ironia?

Chyba tylko autoironia.

O.: Pracujecie nad nowym albumem. Zanosi się na przełamanie schematu “płyta raz na trzy lata”?

Tak, tym razem chyba nam się uda wydać album w ciągu dwóch lat.. Zaczęliśmy już nagrywać, powinna ukazać się w marcu. Dotychczas faktycznie wydawaliśmy płyty w odstępach trzyletnich. Ważne jest, żeby tempo komponowania było rzeczą naturalną, żeby nie gonić, nie wysilać się zbytnio; człowiek musi sobie dać czas, zestarzeć się trochę. Wtedy jest w stanie zrobić coś innego, świeżego. Z innej perspektywy.

O.: Czym nas zaskoczycie?

Właściwie to nie ma jeszcze tekstów… Ale na pewno nie będzie koncepcji jako takiej. Mamy jakieś wspólne oczekiwania odnośnie tej płyty. Pewne rzeczy dotyczące naszego stylu będziemy pielęgnować, a inne odrzucać, by wprowadzić nową wartość. Wyjdzie to, co wyjdzie. Ale bez jakiegoś głównego szyldu.

M.S.: A nie korci Was, by wejść do studia i nagrywać, nagrywać, nagrywać? Mieć jakiś zamysł, wejść – i wyjść dopiero wtedy, gdy wszystko jest skończone?  Znam zespół, który zrobił coś takiego, w parę dni powstała płyta.

Czyli to była improwizacja, oni nie mieli planu?

M. S.: Nie byli przygotowani; to była improwizacja, ale wielokrotnie powtarzana.

Zawęzili ten moment, kiedy „zrobili zdjęcie” tej muzyki na tę chwilę, kiedy byli w studio. My to zrobiliśmy na próbach, ale raczej bez „mordowania” materiału. Po prostu przychodziliśmy na próbę i praktycznie każde nasze spotkanie kończyło się jednym utworem; dzięki temu jest to spontaniczne, improwizowane, ma fajne pochodzenie.

O.: Czy polska widownia chętnie przyjmuje kolejne eksperymenty?

Polska widownia jest taka, jak wszędzie. Wydaje mi się, że kiedy ludzie spotkają się z czymś ciekawym, z czymś nowym, to się tym interesują.

O.: Ale niektórzy lubią trzymać się tylko tego, co już znają, nie chcą sięgać po nowe rzeczy.

Myślę, że wszędzie jest tak samo. Ludzie są wszędzie tacy sami.

O.: Twoja solowa płyta. Może kilka słów o niej?

Wychodzi szesnastego listopada. „Antyszanty”, tak będzie się nazywała.

O.: „Szanty” nie kojarzą mi się dobrze. To taki trochę niszowy dział, chcesz go wybronić? Pokazać w nowym świetle?

Mnie też się kojarzy tak… różnie. Żegluję i śpiewam szanty, gdy jestem na Mazurach. Nie do końca przekonują mnie te piosenki i te wykonania.

O.: Dlatego próbujesz je zrobić po swojemu?

To nie są takie stricte szanty. To jest, jak gdyby, wiesz… zamach na szanty! Teraz będę miał na pieńku u wszystkich żeglarzy.

O.: Na szczęście chyba niewielu nas czyta.
Czy wydawaniu każdej nowej płyty towarzyszy niepokój, że ludziom nie spodoba się to, co zarysowało się w waszych głowach?

To naturalne. Kiedy się debiutuje, tych lęków jest mniej. Człowiek nie ma nic za sobą, nie musi się do niczego odnosić. Ludzie nie mają żadnych oczekiwań. Czuje się swobodnie. Natomiast później…

O.: Odpowiedzialność?

Tak, ludzie obserwują, odnoszą się do tego. A człowiek czasami się zapędzi, za bardzo zależy mu na tych opiniach, za bardzo je śledzi.  To już większe obciążenie.

O.: Spełniacie się w tym zespole? Wiem, że macie za sobą próby poruszania się w bardzo skrajnych klimatach.

Pewnie. Dlatego, tak jak powiedziałaś, ma to taką rozpiętość muzyczną. To jest fajne, bo nie nuży. Na każdym albumie może być coś zupełnie innego. Myśmy sobie stworzyli taką pozycję, że wolno nam jak gdyby wszystko – w takim sensie, że możemy grać najróżniejszą muzykę i będzie się to wpisywało w to, co robiliśmy od początku, bo właśnie takie od początku było nasze podejście. Wolność. Swoboda.

O.: Czyli nie klasyfikujecie jakoś tego, co tworzycie? Czy może jednak jakoś to określacie?
Określamy. To się nazywa Lao Che.

M.S.: Zespoliła was płyta „Gusła” czy dopiero „Powstanie”?

Chyba „Powstanie”. „Gusła”, owszem, mają swój klimat, ale w „Powstaniu Warszawskim” czuje się pewnego ducha tych wydarzeń i to jest o wiele silniejsze.

M.S.: Kiedy kolejny album tematyczny? Na płycie “Gusła” słychać słowa “Powstanie Warszawskie i Targowica”. Czyżby to była zapowiedź?

Albumu tematycznego chyba nie będzie… To był po prostu moment, kiedy wiedzieliśmy już, że następna płyta będzie o Powstaniu.

M.S.: Ale Targowica jest chyba pięknym tematem, co?

Wiesz, jest wiele, jest MNÓSTWO fajnych, ciekawych rzeczy, powstań, bitew, spraw społeczno-politycznych czy też duchowych. Można by się łapać miliona rzeczy, ale to chyba nie o to chodzi. Zrobiliśmy „Powstanie Warszawskie”, ale gdybyśmy zrobili jeszcze Targowicę czy płytę o jakimś innym wydarzeniu, zjadłoby nam to ogon. Nie chcemy wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Mamy ambicję, żeby się rozwijać, szukać nowych rozwiązań. Sztuka nie ma granic – i my to sprawdzamy.

 

Dla sarzyna.info wywiad z Lao Che przeprowadzili:
Aleksandra Rogulska i Marcin Szwedo